Przeczytasz w 51 min.
Przeczytano 1 398 razy
Ostatnia aktualizacja 2025-01-28

Wyzwania w zawodzie elektryka

Analiza branży okiem weterana

Poniższy tekst jest rozwinięciem komentarzy ze slajdu 98, slajdu 103 i slajdu 112 umieszczonego w raporcie Bezpieczna elektryczność.

Od przeszło 20 lat zawodowo związany jestem z szeroko pojętym rynkiem elektrotechnicznym. Dużo jeżdżę po Polsce i mam częsty kontakt ze wszystkimi interesariuszami (konsumentami, instalatorami, producentami) uwzględnionymi w raporcie „Bezpieczna elektryczność”. W mojej opinii dokument ten dobrze prezentuje zagadnienia, o których od wielu lat mówi się w branżowych kuluarach.

Osoby, które starają się być na bieżąco z przepisami prawa oraz rozwijającą się technologią i – tak jak ja – biorą aktywny udział w internetowych społecznościach elektrotechnicznych lub związanych z budową czy remontem domów i mieszkań, zauważają niepokojący trend związany z elektrotechniką.

W Polsce prawie każdy „zna się” na prądzie. Wielu ludzi sądzi, że wraz ze szwagrem, bratem lub sąsiadem mogą wykonać każdą pracę z nim związaną – położyć instalację, wymienić rozdzielnicę, zrobić instalację odgromową czy uziemienie. A ile przy tym się zaoszczędzi na elektryku...

W zależności od tego, czy rozmawiamy instalacji jedno- lub trójfazowej, mamy do czynienia z trzema lub pięcioma przewodami. Sterowanie? Żaden problem – robimy przerwę w przewodzie i prąd przestaje płynąć. Do tego wystarczy dołożyć tzw. eskę i „bezpieczeństwo” zapewnione. Przecież to proste!

Czy, aby na pewno? W takim razie, do czego potrzebny jest więc takim osobom elektryk?

Jak to do czego? Do podbicia pieczątki na karcie gwarancyjnej płyty indukcyjnej, na papierach składanych do „energetyki”, a raz na jakiś czas do potwierdzenia, że w domu był przeprowadzany okresowy przegląd instalacji elektrycznej (celowo pominąłem mieszkania, bo w nich najczęściej za zadanie to odpowiada zarządca budynku).

W wielu aspektach naszego życia z zazdrością patrzymy w kierunku zachodnim, za wzór stawiając gospodarkę Niemiec, Francji, Anglii lub – patrząc dalej – Stanów Zjednoczonych. Mentalne – przynajmniej w zakresie elektrotechniki – spora część naszego społeczeństwa pozostała jednak na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, a więc w okresie otwierania się granic i początku przemian gospodarczych.

Od tamtej pory minęło ponad 30 lat – młodzi ludzie urodzeni w końcówce lat 90. XX w. na każdym kroku pokazują, jak bardzo w obliczu globalizacji i rozwoju techniki są inni od swoich rodziców. Dziwi mnie więc, że w pewnych aspektach życia niezmiennie powielają wzór myślenia wywodzący się z czasów PRL.

Aby lepiej zrozumieć sytuację, w jakiej obecnie znajduje się polska elektryka, musimy przypomnieć pewne ważne aspekty, z których konsekwencjami mierzymy się obecnie. Cofnijmy się więc do tamtych czasów.

W połowie lat 90. Minionego wieku praktycznie w całej Polsce zaczął obowiązywać TN-S, czyli „nowy” trzy- lub pięcioprzewodowy układ połączeń sieci. Wiązało się to z koniecznością stosowania dodatkowego zabezpieczenia, jakim był wyłącznik różnicowoprądowy – potocznie nazywany „różnicówką”.

Od lat powojennych była to chyba największa zmiana dotycząca instalacji elektrycznych w budownictwie mieszkaniowym. Ale na tym nie koniec… Wraz z wyłącznikami różnicowoprądowymi zmienił się standard wykonywania rozdzielnic elektrycznych. Stosowane od lat „korki” zostały zastąpione przez modułowe wyłączniki nadprądowe.

Bezpiecznik topikowy potocznie korek Modułowy wyłącznik nadprądowy potocznie eska
Bezpiecznik topikowy Modułowy wyłącznik nadprądowy


Od tej chwili zwiększył się poziom bezpieczeństwa, bo w nowych rozdzielnicach skończyło się nagminne „watowanie” jednorazowych wkładek topikowych.


Prywatne archiwum Piotr Bibik - zdjęcie rozdzielnicy
Prywatne archiwum Piotr Bibik - bezpieczniki topikowe

Jednocześnie w tym samym okresie w Polsce zawód elektryka przestał być odgórnie regulowany. W uproszczeniu oznaczało to, że podstawowy dokument pozwalający na wykonywanie zawodu elektryka, a więc świadectwo kwalifikacji (potocznie, lecz błędnie nazywane uprawnieniem SEP) mógł uzyskać każdy, kto zdał egzamin ustny przed odpowiednią komisją.

Egzamin na elektryka i uprawnienia branżowe – jak to wyglądało?

Uzyskane wówczas uprawnienia – poza nielicznymi wyjątkami – pozwalały przez okres pięciu lat pracować w zawodzie. Po tym okresie należało przystąpić do kolejnego egzaminu kwalifikacyjnego.

Idea była słuszna. W teorii obowiązkowe egzaminy miały eliminować z rynku osoby, które nie aktualizowały swojej wiedzy, przez co mogły przyczyniać się do stwarzania różnych niebezpiecznych sytuacji. W życiu teoria najczęściej mija się jednak z praktyką. Tak było i w tym przypadku.

Wraz z upływem lat zwiększała się liczba komisji egzaminacyjnych. Na fali trendu prywatyzacji coraz więcej z nich przechodziło do sektora prywatnego. Ich członkowie nie tylko przeprowadzali egzaminy kwalifikacyjne. Zajmowali się również organizowaniem odpłatnych szkoleń i kursów przygotowujących do zawodu elektryka dla osób, które po chwili testować mieli z wiedzy elektrycznej.

Nie powiem nic odkrywczego, jeśli stwierdzę, że zadaniem każdej firmy jest generowanie zysku. Zadaniem komisji kwalifikacyjnej powinno być jednak dbanie o to, aby uprawnienia otrzymywali ludzie o odpowiednich kwalifikacjach.

Oczywiste jest, że zadania każdej komisji egzaminacyjnej pozostają w sprzeczności z interesem osób, które przystępują do egzaminu. Takim osobom zależało i nadal zależy na tym, aby uzyskać uprawnienia za pierwszym podejściem.

Dużo by pisać, ale przez 30 lat takie „wolnorynkowe” działania w wielu przypadkach doprowadziły do problematycznych sytuacji, o których w branży sporo się mówi. Wszyscy o tym wiedzą, ale milczą, że przez lata firmy chciały zarobić na szkoleniach i egzaminach, więc niektóre komisje zaczęły konkurować, chwaląc się wysoką zdawalnością i stopniowo obniżając poziom egzaminu. Raport „Bezpieczna elektryczność” może dać początek dyskusji i doprowadzić do pozytywnych zmian w tym zakresie.

Czy to oznacza, że wszystkie komisje egzaminacyjne mają tak niskie wymagania? Nie. W Polsce działają rzetelne komisje, które dbają o wysoki poziom wiedzy osób, którym wydają uprawnienia. Obecnie jednak – zarówno w internecie, jak i tradycyjnie – znaleźć można wiele ogłoszeń, w których prowadzący szkolenia lub kursy przygotowujące do egzaminu gwarantują 100-procentową zdawalność. Niektórzy reklamują się nawet tym, że zapłatę za kurs biorą tylko w przypadku zdanego egzaminu.

Nie jest zatem żadnym zaskoczeniem, że te trwające od wielu praktyki doprowadziły do sytuacji, kiedy świadectwo kwalifikacyjne stało się ogólnie dostępnym „papierkiem”, który nie gwarantuje rzetelnego poziomu fachowej wiedzy technicznej.

Zwracam na to uwagę, ponieważ jeszcze w latach 70. XX w. elektrykiem – poza nielicznymi wyjątkami – mogła zostać tylko osoba z wykształceniem branżowym. Konieczne było więc ukończenie związanych z elektrotechniką: szkoły zawodowej, technikum lub uczelni wyższej.

Akcja Bezpieczna elektryczność

Sprawdź raport o stanie bezpieczeństwa elektrycznego w Polsce!

Wyświetl darmowy raport

Na czym polegał egzamin na elektryka?

Egzamin zdawało się przed komisją kwalifikacyjną, w której zasiadali eksperci pracujący na państwowych posadach. W związku z tym ich wypłata w żaden sposób nie była uzależniona od liczby zdanych egzaminów, a to dawało realną szansę na wysokie wymagania i rzetelne sprawdzanie wiedzy.

Nie pamiętam tamtych czasów, ale z relacji elektryków „starej szkoły” wynika, że wówczas normalne było kilkukrotne zdawanie egzaminu. Dość duży odsetek osób podchodził ponownie do sprawdzenia kwalifikacji po uzupełnieniu wiedzy.

Było, minęło. Miejmy jednak nadzieję, że znowu nadejdą czasy, gdy branżowy egzamin kwalifikacyjny zdany przed dowolną komisją będzie gwarantował wysoki poziom wiedzy technicznej. Skoro omówiliśmy już zagadnienia związane z uzyskaniem podstawowych uprawnień elektrycznych, to wróćmy do lat 90. XX w. i „nowego” standardu TN-S.

Wśród elektryków była to swego rodzaju rewolucja. Dla konsumentów, którzy budowali domy, był to z kolei większy wydatek, ponieważ poza koniecznością zastosowania droższych kabli i przewodów musieli oni wydać pieniądze na „różnicówkę” (poniżej przykład nowoczesnego wyłącznika różnicowoprądowego).


Nowoczesny wyłącznik różnicowoprądowe Schneider i Hager

W tamtym okresie powszechne było przekonanie wielu elektryków „starej daty”, że te nowe standardy to może i są trochę lepsze, ale sporo droższe – „to zrób Pan po staremu, a odbiór się załatwi”. W efekcie w tamtych latach przez jakiś czas funkcjonowały równolegle dwa standardy TN-C i TN-S, a wykonawca mógł wybrać, według którego chce wykonać instalację (był to tzw. okres przejściowy).


Schematy układy sieci

Co z instalacjami wykonanymi w „starym” standardzie TN-C? Wiadome było, że będą one przebudowywane, więc dopuszczony został przejściowy układ połączeń TN-C-S. Do dziś jest on spotykany w starszych budynkach, a nawet – wbrew obowiązującym przepisom – przez niektórych pseudoelektryków stosowany jest obecnie w przebudowywanych starych instalacjach. Znając polskie realia, takie działania mogą być jeszcze spotykane przez kilkadziesiąt lat.


Schemat generator lub transformator

Warto powtórzyć, że instalacja elektryczna wykonana w „nowym” standardzie TN-S była droższa na etapie zakupu materiałów. Nietrudno więc się domyślić, który układ w okresie przejściowym był częściej wybierany przez inwestorów. Wraz z upływem lat zakazano wykonywania instalacji w układzie TN-C, a wszyscy elektrycy (przynajmniej w teorii) musieli dostosować się do nowych wymagań.

Tak też się stało, ale czy wszyscy byli przekonani do aktualnego standardu? Czy rozumieli, dlaczego TN-S jest lepszy? Czy potrafili wytłumaczyć inwestorowi, co daje nowy standard i jak działa wymagany w instalacji wyłącznik różnicowoprądowy?

Część zapewne tak, ale spora grupa nie zadawała sobie trudu ciągłego dokształcania i zrozumienia, jak dane zabezpieczenie działa, jak prawidłowo je dobierać i instalować, a także jakie korzyści daje inwestorowi, a więc przed czym go chroni. Przodowali w tym ci elektrycy, którzy byli tuż przed emeryturą (ich jeszcze mogę zrozumieć) i ci, którzy zdobyli uprawnienia, ale nie mieli branżowego wykształcenia (tzw. nie chcieli, ale życie zmusiło ich do wykonywania zawodu elektryka). Wystarczało im, że montowali „różnicówkę” tak, jak kiedyś ktoś im pokazał. Ma być? To jest – i nikt się nie czepiał.

Tu dochodzimy do bardzo ważnego, a moim zdaniem kluczowego aspektu dotyczącego firm prywatnych i szkolnictwa zawodowego. Wzajemne oddziaływanie tych dwóch grup pozwoli bowiem zrozumieć obecną sytuację i niski poziom wiedzy wielu elektryków.

Na przełomie lat 80. i 90. XX w., a więc w okresie przemian gospodarczych, społeczeństwo z podziwem patrzyło na tzw. prywaciarzy. W każdej branży wyrastali oni jak „grzyby po deszczu” i często bez należytego specjalistycznego przygotowania brali się za rozkręcanie swoich biznesów. Byli to ludzie odważni, którzy korzystali z okazji i szybko umieli dostosować się do dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. W prywatnym biznesie widzieli szansę na poprawę swojej sytuacji materialnej.

Mniej więcej w tym samym okresie szkoły techniczne, a więc zawodówki i technika dzienne oraz wieczorowe, zajęcia praktyczne organizowały w tzw. warsztatach szkolnych lub w państwowych zakładach pracy. W tamtym okresie praktyki u tzw. prywaciarzy były rzadkością. Trochę później, bo w połowie lat 90. w wyniku przemian gospodarczych zaczęto likwidować warsztaty szkolne. Uczniowie musieli też coraz częściej organizować praktyki we własnym zakresie – szkoły nie obchodziło, gdzie trafią.

W teorii założenia były dobre. Był plan praktyk, który powinien być zrealizowany, a uczniowie mogli pracować razem z fachowcami, uczyli się i nawiązywali kontakty, a przy okazji pracowali na nowoczesnym sprzęcie, o którym państwowe szkoły mogły jedynie pomarzyć. Aby zrozumieć złożoność zagadnienia, muszę zwrócić uwagę na istniejące w tamtych latach w mniejszych miejscowościach klasy wielozawodowe.

Klasa wielozawodowa wyróżniała się tym, że w szkole przekazywana była wiedza ogólna, natomiast na praktykach zawodowych branżowa. Po ukończeniu takiej szkoły w jednej klasie byli specjaliści z wielu zawodów, np. stolarz, murarz, elektryk, mechanik samochodowy, a przynajmniej tak być powinno. W rzeczywistości „świeży przedsiębiorca”, który przyjmował uczniów na praktyki (o ile pamiętam, za każdego ucznia dostawał jakieś dofinansowanie) miał na głowie wiele innych spraw związanych z działaniem firmy. Kształcenie uczniów nie należało więc do jego najważniejszych zadań.

Młody człowiek, czyli praktykant, często zajmował się kwestiami, które niewiele miały wspólnego z tym, co oficjalnie było wpisywane w dzienniczku praktyk. Taki uczeń kończył szkołę z odpowiednim branżowym tytułem, ale czy jego wiedza techniczna była na właściwym poziomie? Podkreślam – nie twierdzę, że tak było wszędzie.

Uważam natomiast, że takie sytuacje miały miejsce. Z rozmów, jakie na przestrzeni ostatnich lat przeprowadziłem z wieloma ekspertami, wiem też, że skala takich działań była duża. Jestem zawodowo dość mocno związany ze szkołami średnimi i na podstawie rozmów z rodzicami i nauczycielami wiem, że – niezależnie od kierunku kształcenia — dotąd występują podobne zjawiska dotyczące praktyk zawodowych.

Wróćmy do lat 90. XX w. Rzeczą normalną jest, że inwestor zamawiający usługi elektryka wychodzi z założenia, że skoro ktoś ma ważne uprawnienia kwalifikacyjne, pieczątkę firmową i robi elektrykę, to jest fachowcem (w dużej mierze na pewno tak jest). Nie można jednak zapominać, że w praktyce jest również spora grupa osób, która – kończąc szkołę – miała spore braki w teoretycznej i praktycznej wiedzy branżowej.

Takie osoby zakładały firmy m.in. elektryczne i po jakimś czasie przyjmowały uczniów na praktykę, ponieważ dla wielu uczeń to tania siła robocza do najgorszej pracy. Czego mogła nauczyć młodego człowieka osoba, która sama miała braki w wiedzy technicznej lub się przebranżowiła i „uprawnienia elektryka” zdobyła po zakończeniu kilkugodzinnego kursu? W taki sposób stworzone przez obowiązujący w Polsce system „koło” edukacji branżowej dotarło do obecnych czasów.

„Czego Jaś się nie nauczył, tego Jan nie będzie umiał”.

Jak wspomniałem, z wykształcenia i wykonywanego zawodu jestem elektrykiem. Wykazałbym się dużą niesprawiedliwością i uraziłbym wielu rzetelnych fachowców, twierdząc, że wyżej opisany „standard” dotyczy wszystkich. Opisana sytuacja odnosi się do sporej grupy elektryków – przede wszystkim tych, którzy wykonują instalacje elektryczne w domkach jednorodzinnych.

Dlaczego? Konsument nie lubi przepłacać i w jego opinii skoro „w gniazdku jest prąd”, lampy świecą, a dostawca energii podłączył zasilanie, to wszystko jest dobrze. W sumie słuszne rozumowanie, bo konsument nie zna się na elektryce. Skąd ma wiedzieć, jak powinna wyglądać dobrze i bezpiecznie wykonana instalacja elektryczna? Po to zatrudnia fachowca.

Dodatkowo należy uwzględnić szarą strefę. Domki jednorodzinne do dziś są rewelacyjnym rynkiem dla elektryków, którzy po swojej podstawowej pracy idą na „fuchę”. Na dokumentach, za drobną opłatą, zawsze podbije się jakiś „kolega”, który firmuje instalacje.

On w sumie też jest zadowolony, ponieważ szczególnie się nie napracuje, nie ma kosztów, a za podpis i przybicie pieczątki zarobi. O tych wszystkich problemach rozmawia się w branżowych kuluarach i takie działania są zmorą rzetelnie i legalnie działających elektryków.

Dlaczego? Instalacja elektryczna wykonana zgodnie z aktualnie obowiązującymi przepisami zawsze będzie sporo droższa od instalacji wykonanej w standardzie lat 90.

Standard lat 90. XX w., czyli co?

Jest to instalacja trój- lub pięcioprzewodowa (TN-S), ale z jednym ogranicznikiem przepięć w rozdzielnicy elektrycznej. Jej pozostałe cechy to:

  • brak zachowania odstępów separacyjnych pomiędzy przewodami przed i za ogranicznikiem przepięć oraz od instalacji odgromowej;
  • brak ochrony przeciwprzepięciowej teletechniki;
  • stosowanie wyłączników różnicowoprądowymi typu AC – najczęściej jednego (obecnie ze względu na rodzaj odbiorników w budownictwie mieszkaniowym należy stosować „różnicówki” typu A, F, a w niektórych przypadkach B);
  • brak kompletnego systemu wyrównania potencjałów (najczęściej wyrównanie potencjałów ograniczone jest do założenia szyny ekwipotencjalnej, do której podłączony jest ogranicznik przepięć).

Takie praktyki powodują, że spora część rzetelnych elektryków niechętnie podejmuje się wykonywania czy naprawiania instalacji elektrycznych w budownictwie mieszkaniowym. Taka praca będzie ich kosztować sporo wysiłku, a zysk będzie niewielki, ponieważ przy wycenie muszą uwzględnić ceny konkurencji. Do tego inwestor na takiego elektryka patrzy jak na naciągacza, bo u sąsiada instalacja elektryczna też działa, a była sporo tańsza.

Oczywiście jest też grupa świadomych inwestorów, którzy wiedzą, czego wymagać i mają świadomość, że dobrze wykonana instalacja elektryczna sporo kosztuje. Niestety są oni w mniejszości.

Nie dziwią mnie próby szukania oszczędności na każdym kroku. Przecież zdecydowana większość domów jest obecnie budowana z kredytów hipotecznych. Inwestor od razu ma świadomość, że wiele rzeczy można by zrobić lepiej – pytanie tylko, za co? Przecież nikt nie będzie brał kolejnej pożyczki.

W tym miejscu należy zadać pytanie o poziom wiedzy bankowych doradców, którzy na potrzeby przyznania kredytu na budowę domu wyceniają poszczególne jej etapy…

Dobrą informacją jest ta, że w budownictwie mieszkaniowym nadal można trafić na świetnego fachowca. Najczęściej jednak jego ceny są sporo wyższe od średniej wyceny danych usług.

Do tego mają oni dużo zleceń z polecenia, co powoduje, że czas oczekiwania na ich pracę jest znacznie wydłużony w porównaniu z pozostałymi usługodawcami (często nawet o kilka miesięcy). I tu znowu wpadamy w błędne koło.

Kiedy warto pomyśleć o zatrudnieniu elektryka?

Większość osób budujących dom ze środków z kredytu hipotecznego o elektryku myśli w momencie, gdy stoją już ściany, a cieśle zaczynają stawiać dach. Wówczas zaczynają się poszukiwania elektryka, który byłby w stanie wejść na budowę za dwa lub trzy tygodnie i w kilka dni wykonać instalację elektryczną.

Czekać na elektryka kilka miesięcy?! Na to nie stać większości osób, bo pamiętajmy, że dom powstaje dzięki kredytowi i kolejne etapy muszą być zakończone, aby bank wypłacił kolejną transzę pożyczki. Do tego inwestor musi gdzieś mieszkać. Kilkumiesięczne opóźnienie budowy w większości przypadków powoduje wzrost kosztów wynajmu. Podczas budowy pieniędzy przeważnie brakuje, więc oszczędności są mile widziane.

Z moich obserwacji wynika, że część osób, które chciałyby zatrudnić dobrego elektryka, pod wpływem presji czasu i kosztów decyduje się na „jakiś” standard – aby tylko był prąd i „korków” nie wywalało.

Skoro rzetelni elektrycy w większości omijają budownictwo jednorodzinne, to co robią? Szukają zleceń w dużych inwestycjach, przetargach, deweloperce, lokalach usługowych lub w przemyśle, wspomagając służby utrzymania ruchu.

Zajmują się średnimi napięciami lub prefabrykacją rozdzielnic albo wyspecjalizowali się i dla bogatych klientów wykonują instalacje w standardzie tzw. inteligentnych budynków. Po prostu nie walczą niską ceną i zajęli się zleceniami, gdzie liczy się jakość lub powtarzalność i gdzie nie muszą „użerać się” z inwestorem o każdą złotówkę.

Jak „uzdrowić” branżę? Czy zmiana jest możliwa?

Czy można coś zrobić, aby przerwać to błędne koło?

Aż chciałoby się powiedzieć „jest światełko w tunelu i prawdopodobnie nie jest to pociąg”. Stosunkowo niedawno w Polsce dla osób składających wniosek o sprawdzenie kwalifikacji zawodowych w zakresie eksploatacji urządzeń, instalacji i sieci został wprowadzony wymóg posiadania branżowego wykształcenia.

Wprowadzone zmiany dają nadzieję, że najszybciej za kilkanaście lat branża elektryczna sama się oczyści. Jak mówią jednak sami elektrycy, wprowadzony zapis ma poważną lukę, dzięki której świadectwo kwalifikacyjne nadal może otrzymać praktycznie każdy. Zwróćmy uwagę na oficjalne wymogi dla kandydata do egzaminu kwalifikacyjnego grupy G1 (grupa elektryczna).

Wniosek powinien zawierać:

  • informacje dotyczące:
    • wykształcenia
    • posiadanych kwalifikacji wynikających z dokumentów:
      • świadectwo lub dyplom potwierdzające uzyskanie tytułu zawodowego
      • świadectwo potwierdzające kwalifikację w zawodzie lub dyplom potwierdzający kwalifikacje zawodowe
      • certyfikat kwalifikacji zawodowej lub dyplom zawodowy
      • świadectwo czeladnicze lub dyplom mistrzowski
      • świadectwo ukończenia szkoły prowadzącej kształcenie w zawodzie, które obejmuje treści nauczania związane z eksploatacją urządzeń, instalacji i sieci
      • zaświadczenie o przebiegu nauczania wydane przez szkołę, potwierdzające kształcenie w zawodzie, które obejmuje treści nauczania związane z eksploatacją urządzeń, instalacji i sieci
      • zaświadczenie wystawione przez pracodawcę, potwierdzające doświadczenie zawodowe i staż pracy umożliwiające nabycie umiejętności związanych z wykonywaniem prac eksploatacyjnych urządzeń, instalacji i sieci
      • zaświadczenie wystawione przez kierownika komórki organizacyjnej urzędu obsługującego Ministra Obrony Narodowej lub jednostki organizacyjnej podległej Ministrowi Obrony Narodowej lub przez niego nadzorowanej, potwierdzające doświadczenie zawodowe i staż pracy umożliwiające nabycie umiejętności związanych z wykonywaniem prac eksploatacyjnych urządzeń techniki wojskowej lub uzbrojenia
  • przebiegu pracy zawodowej związanej z kwalifikacjami objętymi wnioskiem.

Wykaz posiadanych świadectw kwalifikacyjnych załącz do wniosku, jeśli w odpowiednim polu na wniosku zabraknie miejsca na wpis.

 

Źródło: https://www.biznes.gov.pl/pl/opisy-procedur/-/proc/142


Branża dostrzega poważną lukę w punkcie dotyczącym zaświadczenia wydanego przez pracodawcę. Dzięki niej do egzaminu nadal będzie mógł przystąpić niemal każdy. Czy przesadzam? Jeszcze kilka tygodni temu nie napisałbym tego tekstu. Owszem, porozmawiałbym o tych zagadnieniach z kolegami, ale nie zdobyłbym się na dzielenie się z Wami swoimi przemyśleniami.

Co się zmieniło? Z uwagą zapoznałem się z wynikami przedstawionego raportu, który uświadomił mi, że skala problemu jest dużo większa, niż przypuszczałem. Cieszy mnie, że coraz większa grupa elektryków otwarcie mówi o problemach, z jakimi się borykają. Optymistyczne jest to, że mówiąc o całej branży, świadomość własnych błędów jest pierwszym krokiem do poprawy sytuacji.

Czy problemem są sami elektrycy?

W życiu nic nie jest czarno-białe. Jest wiele barw i odcieni. Tak samo w naszej branży – ludzie są tylko jednym z elementów, który ma wpływ na obecną sytuację. Kolejnym bardzo dużym, o ile nie największym, wyzwaniem naszej branży są przepisy polskiego prawa. Na ten temat można by napisać obszerną, wielotomową książkę, a nie krótką wypowiedź. W skrócie – przepisy dotyczące elektryków i teletechników nie są precyzyjne.

W wielu dziedzinach brak jest aktów wykonawczych, więc każdy robi, jak uważa za słuszne. Dodatkowo nie ma jednego miejsca, w którym elektryk mógłby sprawdzić wszystkie aktualnie obowiązujące i dotyczące go przepisy oraz normy. Każdy, kto chce być na bieżąco, musi śledzić: prawo budowlane i powiązane z nim rozporządzenia, prawo „resortowe”, ustawę o ochronie zabytków, materiały publikowane w Dzienniku Ustaw i Monitorze Polskim, prawo „lokalne” i zapisy jednostek organizacyjnych. Podałem tu wszystkie znane mi miejsca, gdzie mogą być różne zapisy, które w wielu sytuacjach mogą mieć wpływ na prace wykonywane w elektrotechnice. Elektryk pracujący w zawodzie nie jest w stanie na bieżąco śledzić wszystkich pojawiających się zmian prawnych, a to jeszcze nie koniec.

Wykonując swoją pracę, nie wystarczy przestrzegać prawa. Należy również postępować zgodnie z zasadami wiedzy technicznej, stosując się do szeroko pojętych dobrych praktyk branżowych. Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć więc o konieczności znajomości Polskich Norm. Aby rozwiać wątpliwości, w następnej części omówimy dwa zagadnienia – czym są Polskie Normy i czy są one obligatoryjne.

Co to jest Polska Norma i czy Polskie Normy są obowiązkowe?

Aby uciąć niepotrzebne dyskusje, przytoczę oficjalne zapisy Polskiego Komitetu Normalizacyjnego:

Norma to dokument przyjęty na zasadzie konsensu i zatwierdzony przez upoważnioną jednostkę organizacyjną, ustalający zasady, wytyczne lub charakterystyki odnoszące się do różnych rodzajów działalności, lub ich wyników i zmierzający do uzyskania optymalnego stopnia uporządkowania w określonym zakresie.

Źródło: https://www.pkn.pl/polskie-normy/informacje-o-pn/co-jest-pn

 

Stanowisko PKN w kwestii dobrowolności stosowania Norm:
Na posiedzeniu 28 października 2010 roku Rada Normalizacyjna PKN przyjęła wniosek, aby kierownictwo PKN zajęło oficjalne stanowisko w kwestii dobrowolności stosowania norm, zwłaszcza w odniesieniu do zapisu ust. 4 artykułu 5 ustawy z dnia 12 września 2002 roku o normalizacji. Do zajęcia stanowiska jest konieczne odniesienie się do trzech ustępów tego artykułu:
„2. Polska Norma może być wprowadzeniem Normy Europejskiej lub Międzynarodowej. Wprowadzenie to może nastąpić w języku oryginału.
3. Stosowanie Polskich Norm jest dobrowolne.
4. Polskie Normy mogą być powoływane w przepisach prawnych po ich opublikowaniu w języku polskim".

Biorąc pod uwagę zapisy tych trzech ustępów, stanowisko Polskiego Komitetu Normalizacyjnego jest następujące:
1. Stosowanie Polskich Norm (PN) jest dobrowolne.
2. Powołanie się na PN w przepisie prawnym nie zmienia jej dobrowolnego statusu, chyba że ustawodawca świadomie chce ten status zmienić, co jest możliwe przez wyraźne wskazanie tylko w postanowieniach innej ustawy.
 

Źródło: https://wiedza.pkn.pl/web/wiedza-normalizacyjna/stanowisko-pkn-w-sprawie-dobrowolnosci-pn


Czy, aby na pewno wszystko zostało wyjaśnione? Pomimo że stosowanie Polskich Norm jest dobrowolne (poza normami, które są przywołane w aktach prawnych) warto omówić pewną sytuację.

Co się stanie, jeśli elektryk wykonał swoją pracę, zdarzył się poważny wypadek i w trakcie wyjaśniania wykonawca:

  • powoła się na obowiązujące Polskie Normy i wykaże, że praca została wykonana zgodnie z opisanymi w nich rozwiązaniami;
  • wykonał pracę według swojego standardu (nawet lepszego niż opisany w Polskich Normach)?

O komentarz poprosiłem eksperta w dziedzinie prawa obowiązującego w naszej branży:

Odnośnie do punktu pierwszego – użycie zapisów normy, nawet niepowołanej, jest wykorzystaniem udokumentowanej wiedzy technicznej zawartej w tej normie. Jest to działanie, które w myśl art. 5 Ustawy z dnia 7 lipca 1994 r. Prawo budowlane ma na celu zapewnienie poprawności projektowania i wykonania obiektu budowlanego lub jego wyposażenia technicznego, mające na celu bezpieczeństwo konstrukcji, pożarowe, użytkowania.

Niemniej jednak, w przypadku norm niepowołanych istnieje ryzyko, że może być inne źródło wiedzy technicznej, które będzie stanowić „lepszą” wiedzę. Niestety w przypadku norm nie ma gradacji, która norma jest lepsza, czy np. wydane przez PKN, czy SEP, czy zakładowa, w związku z tym zasady wiedzy technicznej niezależnie od ich źródła pochodzenia mają równorzędny status.

W punkcie drugim jest podobna sytuacja. Nie ma lepszych lub gorszych norm czy zasad wiedzy technicznej. Na tym polega przypadek norm powołanych lub nie. W art. 5 Ustawy z 12 września 2002 r. o normalizacji czytamy, że stosowanie Polskich Norm jest dobrowolne – jest to celowy zapis, ponieważ nie wszystkie normy wydane przez PKN są „dobre” lub inaczej istotne.

Z tego względu norma jako udokumentowana zasada wiedzy technicznej może mówić jedno, a norma zakładowa coś zupełnie innego. W takim przypadku przypuszczam, że jeżeli zakład ma swoją normę, to ta norma jest lepszą wiedzą niż norma wydana przez PKN (nawet jeśli jest powołana w np. Warunkach Technicznych). Skąd ten pogląd? Bardzo trudno jest stworzyć przepisy czy normę, które są uniwersalne dla wielu tak różnych aplikacji wiedzy, które obejmowałaby specyfikę danej instalacji czy doświadczenia eksploatacyjne (np. awarie).

W związku z tym dobrze opracowane normy zakładowe stanowiące udokumentowaną wiedzę techniczną na pewno bliżej i celniej opisują dany element. W tym przypadku skłaniałbym się do takiego osądu, że najlepsza jest taka norma, która jest bliżej związana z eksploatacją danego elementu niż norma ogólna dla całego spektrum aplikacji jakiegoś elementu.

Tomasz Karwat
Certyfikowany wykładowca SEP, wykładowca Akademii Umiejętności Inżynierskich, Rzeczoznawca Izby Rzeczoznawców SEP oraz Rzeczoznawca NOT. Biegły sądowy z zakresu Elektromobilności, BHP i pożarnictwa. Pracuje jako rzeczoznawca dla firm ubezpieczeniowych. Jest redaktorem merytorycznym w Wiedzy i Praktyce.


Wbrew pozorom wypadki z udziałem prądu zdarzają się stosunkowo często, a przesłuchania i dochodzenia z udziałem prokuratorów nie są rzadkością.

Wracając do obowiązku stosowania Polskich Norm lub innej udokumentowanej wiedzy technicznej. W praktyce bardzo ciężko znaleźć czynnego zawodowo elektryka wykonującego instalacje elektryczne, który przed sądem podjąłby się udowadniania, że jego „autorskie” rozwiązanie jest lepsze i zapewnia większy poziom bezpieczeństwa niż to, które jest opisane w udokumentowanej wiedzy technicznej. Aby mieć kompletny ogląd sytuacji, należy wspomnieć, że udowadnianie swojej racji często wiąże się z koniecznością przeprowadzenia bardzo drogich badań i ekspertyz. Oprócz finansów pochłania to strasznie dużo czasu.

Elektryk zajęty jest tzw. papierologią i przedzieraniem się przez opinie kolejnych biegłych itd. Pieniądze uciekają szerokim strumieniem,a co z dochodami? Gdy jest zajęty biurokracją, nie ma czasu na pracę, więc i dochody znacznie spadają. Jak długo wytrzyma taki elektryk? Jaką ma „poduszkę” finansową? To sprawy indywidualne, ale analizując zagadnienie w kontekście bezpieczeństwa i spokoju elektryka, znowu warto zadać pytanie – czy stosowanie Polskich Norm jest obowiązkowe?

Przyjmijmy, że mamy elektryka, który chce zapoznać się z wszystkimi aktualnie obowiązującymi w naszej branży Polskimi Normami. W Polsce nie ma branżowego wykazu aktualnie obowiązujących aktów tego typu. Zdany jest on więc na swoją pomysłowość i sam musi ustalić, które normy dotyczą jego aktualnych prac.

Co gorsza, może się zdarzyć, że dwie teoretycznie niepowiązane między sobą Polskie Normy odnoszą się do tego samego zagadnienia, a wnioski z nich płynące mogą być odmienne.
Nawet jeśli elektryk ogromnym nakładem pracy ustali więc wszystkie aktualnie obowiązujące w danej branży Polskie Normy, to trafi na kolejne dość duże wyzwanie. Aby zapoznać się bowiem z wszystkimi Polskimi Normami, należy dysponować ogromną ilością wolnego czasu, zasobami pieniężnymi (dostęp do pełnej treści Polskich Norm jest płatny) oraz dobrą znajomością różnych języków obcych w kontekście słownictwa branżowego.

Czy wszystkie Polskie Normy są dostępne w języku polskim?

Nie. Ustawa o normalizacji dopuszcza publikowanie Polskich Norm w języku oryginału. Takie normy mają w wyszukiwarce oznaczenie wersja angielska, wersja niemiecka, wersja francuska co wskazuje, że norma nie jest przetłumaczona na język polski. Aby złożyć zamówienie, należy wybrać jedną z dostępnych wersji językowych: angielską, niemiecką lub francuską.

Źródło: https://www.pkn.pl/na-skroty/faq/czy-wszystkie-polskie-normy-sa-dostepne-w-jezyku-polskim


To wszystko powoduje, że nawet dobrzy elektrycy czują się zagubieni. Albo będą wykonywać swoją pracę i zarabiać, albo będą siedzieć i śledzić wszelkie szybko zachodzące zmiany w naszej branży. Na koniec dnia rachunki trzeba płacić, więc nikogo nie dziwi, że praca ma wyższy priorytet, a instalacja (często z braku rzetelnej aktualnej wiedzy technicznej) jest wykonana według standardów, którym bliżej do lat 90. XX w. niż do obecnych wymogów.

Efekt? Powstaje instalacja elektryczna, która jest nowa i już przestarzała, niezgodna z aktualnie obowiązującymi standardami oraz przepisami. Ale skoro w gniazdkach jest prąd i świecą lampy, to kto z użytkowników się połapie, że coś jest nie tak?

Dlaczego tak ważne jest, aby instalacja elektryczna spełniała najnowsze standardy? Osobą, która najbardziej jest tym zainteresowana, jest sam inwestor. Producenci (głównie urządzeń elektronicznych) dostosowują się do rynkowych oczekiwań niskiej ceny i „odchudzają” swoje urządzenia z wszelkich zbędnych elementów, np. różnych zabezpieczeń.

Trudno nie zgodzić się z ich logiką. Skoro instalacja elektryczna ma być tak wykonana, żeby do zasilanego urządzenia dochodziło zasilanie o ściśle określonych parametrach, to po co podnosić cenę urządzenia o elementy, które w teorii są już w instalacji elektrycznej? Lepiej i taniej jest napisać, że urządzenie należy podłączyć do instalacji elektrycznej spełniającej określone Polskie Normy.

Większość producentów urządzeń zatrudnia odpowiednich ludzi, którzy na bieżąco śledzą albo nawet uczestniczą w tworzeniu nowych norm. Dzięki temu wiedzą oni, które przepisy dotyczą ich produktów. A elektryk? Elektryk jest zdany sam na siebie.

Co można zrobić, aby elektryk był na bieżąco z aktualnymi wymogami prawa?

Jest jedno wyjście. Elektryk może zatrudnić prawnika specjalizującego się w danej branży, który będzie wiedział, jakie prace wykonuje elektryk. Dzięki temu z odpowiednim wyprzedzeniem będzie informował o zachodzących zmianach.

Dodatkowo elektryk każdą swoją pracę musi wykonywać na podstawie rzetelnych projektów (to temat na inną wypowiedź) lub musi zatrudnić projektanta, który będzie je wykonywał.

Teoretycznie tak powinno być, ale w praktyce projektant – szczególnie w budownictwie mieszkaniowym – to „zbędny” koszt. Projekty więc powstają, ale realnie niewiele mają wspólnego z wykonaną instalacją elektryczną. Czy bez dobrego i kompleksowego projektu elektryk jest w stanie wykonać skuteczną ochronę przeciwprzepięciową? Szczerze w to wątpię.

Zostawmy projektanta na inną okazję i wróćmy do aspektów prawnych. Zatrudnienie eksperta w dziedzinie prawa branżowego nie powinno być problemem, ale trzeba pamiętać, że taki człowiek nie zgodzi się pracować za najniższą krajową. Jednocześnie nie będzie on fizycznie wykonywać instalacji, więc z punktu widzenia firmy elektrycznej będzie kosztem.

Co prawda zapewni on bezpieczeństwo prawne usługom, ale jednocześnie wpłynie na konieczność podniesienia stawek przez elektryka. Przecież będzie on musiał zarobić na siebie, podatki i eksperta. Cóż… Ustaliliśmy już, że sektor budownictwa mieszkaniowego w większości kieruje się zasadą CCC, a więc „cena czyni cuda”. Taki elektryk lub kilkuosobowa firma, korzystając z pomocy eksperta i wykonując instalacje według najnowszych standardów, raczej nie może liczyć na dużą liczbę zleceń.

Przygotowując się do napisania tej wypowiedzi, przejrzałem godzinowe stawki branżowych ekspertów. Okazuje się, że spośród 58% elektryków, którzy byliby skłonni skorzystać z płatnego doradztwa technicznego, tylko 23% deklaruje chęć zapłacenia stawek, jakich realnie oczekują eksperci. Pokazuje to, jak niewielu elektryków tak naprawdę jest skłonnych skorzystać z pomocy specjalistów. Musimy też pamiętać, że deklaracje to jedno, a życie drugie. Skłonnych do zapłacenia prawnikowi godziwej stawki byłoby więc najpewniej jeszcze mniej.

Błędne koło. Trochę lepszą sytuację mają duże firmy, ponieważ na koszt eksperta z zakresu prawa branżowego pracuje w nich wielu elektryków. W skali miesięcznej działalności firmy koszt ten może być więc relatywnie niewielki.

Jeśli nie chcę minąć się z prawdą, muszę wspomnieć też o tym, że w branży elektrotechnicznej obowiązujące prawo nie nadąża za pojawiającą się technologią. Wielokrotnie dochodzi do sytuacji, w której klient chce mieć zamontowane jakieś nowoczesne rozwiązanie, które daje mu wymierne korzyści lub podnosi poziom bezpieczeństwa budynku i jego użytkowników. Na próżno jednak szukać obowiązujących aktów prawnych odnoszących się do tego zagadnienia.

Nawet jeśli przyjmiemy, że obowiązujące w naszej branży prawo jest dobre i kompletne, to dochodzimy do kolejnego zagadnienia, które w tej całej układance jest bardzo ważne.

Kto kontroluje elektryka?

Na dużych budowach czy w zakładach przemysłowych zazwyczaj jest wielostopniowy nadzór techniczny nad całą inwestycją – w tym nad pracą elektryka. Sytuacja diametralnie się zmienia, gdy zaczynamy rozmawiać o budownictwie jednorodzinnym, przeróbkach i konserwacjach instalacji w spółdzielniach mieszkaniowych, małych rodzinnych firmach i różnych mniejszych lokalach usługowych.

W teorii przy każdej z wymienionych inwestycji powinien być zapewniony jakiś nadzór, ale – jak to w życiu – teoria często mija się z praktyką.

W rzeczywistości w sektorze budownictwa mieszkaniowego elektryk jest „panem i władcą”. Dopóki nie wydarzy się wypadek, praktycznie nie podlega żadnej kontroli. Jak to możliwe? To proste. Inwestor, czyli osoba budująca dom, zleca elektrykowi wykonanie pracy. Nie spotkałem się z sytuacją, aby jakikolwiek inwestor sprawdzał kwalifikacje takiej osoby.

Zazwyczaj wystarczy informacja, że elektryk zrobił instalację u sąsiada i co najwyżej bardziej dociekliwi zapytają, czy nie było z nim kłopotów i czy kable były równo ułożone. Na tym kończy się weryfikacja. Czy zatem całą winę należy zwalić na inwestora?

Moim zdaniem – nie. Inwestor jest poniekąd usprawiedliwiony, ponieważ po skończeniu każdej budowy należy złożyć dokumenty (w tym schematy, wyniki pomiarów itp.) do „energetyki”, która podłącza zasilanie. Skoro „energetyka”, która w domyśle inwestora pełni rolę nadzoru, nie ma zastrzeżeń i podłącza zasilanie, to wszystko jest w porządku. Gdyby było źle, to przecież nikt nie podłączyłby zasilania, prawda?

Niestety to błędne myślenie. Dlaczego? Zastanówmy się nad podziałem odpowiedzialności. Dostawca energii odpowiada za instalację do licznika. To na tym urządzeniu pomiarowym kończy się jego odpowiedzialność. To, co dzieje się za nim, jest w gestii elektryka, który podpisał się pod dokumentacją (celowo nie piszę o tym, który ją wykonał).

Jak powiadają „papier wszystko przyjmie”, więc dość często zdarzają się sytuacje, w których wystawione oficjalnie dokumenty nie mają nic wspólnego z rzeczywistą instalacją elektryczną, No, może poza adresem jej wykonania. Jest jednak jeszcze kierownik budowy, tyle że jemu też nie jest łatwo.

Z jednej strony – ma dużą odpowiedzialność i powinien być częstym gościem na budowie, ale tu znowu dochodzimy do kwestii pieniędzy. Czas pracy kierownika budowy kosztuje, a dodatkowo trzeba dojechać na miejsce inwestycji. Orientacyjnie, aby budowa była naprawdę dobrze dopilnowana, przyjmijmy, że taki człowiek odwiedzi ją łącznie 30 razy. Każda wizyta wraz z dojazdem zajmuje mu trzy godziny, więc łącznie mamy 90 godzin pracy.

Kierownik budowy to człowiek z dużymi kompetencjami, zatem stawka godzinowa w wysokości 150 zł raczej nie będzie przesadnie duża, co daje nam kwotę 13,5 tys. zł. Sprawdziłem w internecie przeciętny koszt usługi nadzoru inwestycji przez kierownika budowy dla domku jednorodzinnego. W 2023 r. był to przedział 2-4 tys. zł. Gdzie pozostała różnica przynajmniej 9,5 tys. zł? Kto ją zapłaci?

Cóż, płacimy za czas danego człowieka, więc realnie pasuje to powiedzenie – „jaka płaca, taka praca”. I tu znowu wrócę do finansów. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że inwestor, zatrudniając kierownika budowy, patrzy na koszty, to wybierze tańszego, który na budowie pojawi się tylko kilka razy.

Co z wykształceniem branżowym? Kierownik budowy ma szerokie kompetencje, ale nie jest w stanie znać się szczegółowo na wszystkim. Jeśli jest ekspertem w konstrukcjach betonowych, trudno, aby miał bardzo szczegółową wiedzę z zakresu elektrotechniki. Absurdem natomiast by było zatrudnianie do domku jednorodzinnego branżowych kierowników budowy… Błędne koło. Wróćmy jednak do elektryka. Przy takim stanie rzeczy naturalne wydaje się pytanie o sprawdzenie kompetencji elektryka.

Jak sprawdzić kwalifikacje elektryka?

Niestety, osoba nieznająca się na elektryce nie ma realnej możliwości sprawdzenia wiedzy elektryka. Jak wspomniałem, teoretycznie odpowiedni jej poziom powinno gwarantować świadectwo kwalifikacyjne grupy G1 w zakresie eksploatacji E1 i/lub dozoru D1.

Jedynym sposobem zweryfikowania umiejętności elektryka jest samodzielne przeprowadzenie „egzaminu” i przepytanie elektryka z teorii oraz praktyki. Na to może sobie jednak pozwolić tylko osoba z dużą wiedzą z zakresu elektrotechniki, a nie człowiek, który po prostu potrzebuje kogoś do wykonania lub naprawy instalacji elektrycznej. Na tym nie koniec, bo aby mieć cały obraz sytuacji, musimy wspomnieć jeszcze o „fuchach”.

Szara strefa elektryków

Gdy mówimy o medykach, to każdy z nas od razu ma świadomość, że w dzisiejszych czasach nie ma lekarzy od wszystkiego. Są różni specjaliści i żaden nie bierze się za leczenie, jeśli zagadnienie jest poza obszarem jego specjalizacji, nawet jeśli ma ogólną wiedzę na ten temat. W opinii inwestora elektryk ma się jednak znać na wszystkim, co związane jest z prądem.

Niestety, takie twierdzenie jest obecnie poważnym błędem.

Jeszcze w latach 60. i 70. XX w. takie założenie miało podstawy, ponieważ elektrotechnika była mało rozwinięta, a poziom egzaminów kwalifikacyjnych bardzo wysoki. W tym okresie elektrycy byli świadomi zagrożeń i ci, którzy wyspecjalizowali się w niskim napięciu, nie brali się za średnie lub wysokie napięcia. Elektrycy od średnich lub wysokich napięć „nie pochylali się” natomiast nad pracami na niskim napięciu. W branży był porządek, choć „partactwo” istniało zawsze. Było ono jednak na tyle rzadkie, że możemy ominąć ten temat.

Obecnie elektrotechnika rozwinęła się tak mocno, że możemy ją porównać ze specjalizacjami lekarskimi. Dobrzy elektrycy, mimo że mają wiedzę ogólną, nie wykonują wszystkich zadań, tylko trzymają się swoich specjalizacji. Oznacza to, że gromadzą narzędzia, mierniki i wiedzę w stosunkowo wąskiej dziedzinie. Ciekawostką obecnych czasów jest to, że rozwijający się internet w ostatnich latach „wykształcił” jeszcze jedną grupę fachowców.

Znają się na wszystkim i nie boją się żadnej roboty – niezależnie od branży. Swoją wiedzę najczęściej od zera pozyskali z YouTube’a, wyszukiwarki Google i – z tego, co się orientuję – zachowują się jak uniwersalni lekarze, którzy „leczą” wszystkie choroby. Takie osoby robią szybko i „tanio”.

„Polak jest za biedny, aby kupować tanio”.

Często zdarza się, że inwestor budujący dom lub przeprowadzający gruntowny remont mieszkania, potrzebuje elektryka. Najlepiej takiego, który zna się na wszystkim i może zacząć pracę od razu. Ma być dobrze, szybko i tanio, więc naturalnie ludzie mają zaufanie do pracowników „energetyki”.

Przecież, jak ktoś pracuje w elektrowni, to zna się na elektryce i zrobi dobrze. Nie podważam wiedzy osób pracujących u dostawców energii elektrycznej – mam do nich duży szacunek.

Należy mieć na uwadze, że osoby te w codziennej zawodowej pracy wykonują całkiem inne zadania, uczestniczą w szkoleniach, które obejmują ich zawodowy zakres obowiązków, a nie instalacje w domkach jednorodzinnych.

W świadomości większości społeczeństwa panuje jednak mylne przekonanie, że skoro ktoś zna się na „dużych prądach”, to tym bardziej wie, jak wykonać instalacje domowe.

W teorii nie powinno być tematu, ponieważ w zdecydowanej większości pracownicy zakładów energetycznych w swoich umowach o pracę mają oficjalny zakaz pracowania w innych firmach instalatorskich lub zakładania własnych firm instalatorskich. Czy Polakowi można jednak czegoś zabronić?

Na rynku nie brakuje sytuacji, gdy takie osoby po godzinach na etacie robią fuchy. Na oficjalnych dokumentach składanych do „energetyki” podpisują się ich koledzy, którzy mają prywatne firmy. Cóż, lokalnie rynek jest hermetyczny – wszyscy się znają i nikt nie chce mieć wrogów w zakładzie energetycznym.

Ponieważ inwestor liczy się z kosztami, instalacja elektryczna wykonana w ramach tzw. fuchy zawsze będzie tańsza od tej, którą wykonują elektrycy płacący podatki w ramach prowadzonej przez siebie działalności gospodarczej. Wybór wykonawcy jest więc prawie oczywisty.

Zarówno z opublikowanego raportu „Bezpieczna elektryczność”, jak i z powyższych subiektywnych rozważań wynika niezbyt optymistyczny obraz polskiego rynku elektrotechnicznego – w tym niskich kompetencji niektórych elektryków. Czy sytuacja jest więc beznadziejna, a elektryk bezkarny?

Co grozi elektrykowi? Odpowiedzialność elektryka

Zanim zaczniemy się zastanawiać, na jakie kary narażony jest elektryk, trzeba ustalić, co się stało i za co go „ścigamy”? Jeśli swoich roszczeń dochodzi przeciętny inwestor i są to drobne sprawy, np. źle działająca instalacja lub drobne awarie, to zapewne sprawa nie trafi do sądu. Skończy się na telefonach, pismach, rozmowach – ogólnie na wzajemnym straszeniu się.

Co, jednak jeśli wadliwa instalacja elektryczna była przyczyną ciężkiego kalectwa czy śmierci człowieka, albo doszło do znacznych strat materialnych? W takich sytuacjach do wyjaśniania włączają się różne instytucje, np. prokuratura, biegli sądowi, rzeczoznawcy, ubezpieczyciele. W takim przypadku elektryk, który zrobił tzw. fuchę, może liczyć na poważne kłopoty.

Dlaczego? Ponieważ każdy szuka „kozła ofiarnego” i nikt się nie „podłoży” za kogoś innego. Większe są szanse, że ktoś się przyzna do fałszowania dokumentacji, np. podpisywania się na dokumentach dotyczących prac, których nie wykonał.

Jeśli elektryk wykonywał „fuchę” i wziął za to pieniądze bez wystawiania rachunków i odprowadzenia odpowiednich podatków, to możliwe są też problemy z Urzędem Skarbowym. Instytucja ta może bowiem wyciągać konsekwencje zarówno od wykonawcy (pracuje „na czarno”), jak i inwestora (zatrudnia „na czarno”).

W „bonusie” odpowiedzialność poniesie więc ten, kto podpisał się na dokumentach, ale w obliczu dochodzeń prokuratury nie będzie krył „kolegi” i raczej będzie wolał ponieść konsekwencje wobec Urzędu Skarbowego, niż tłumaczyć się z wykonanej pracy, która przyczyniła się do śmierci człowieka.

Przy okazji zastanawiam się, jak do tematu wypłaty dużych odszkodowań przy pracach wykonanych na czarno podchodzą ubezpieczyciele? Co prawda nie śledzę na bieżąco zmian w OWU ubezpieczycieli, ale gdy jakiś czas temu analizowałem ogólne warunki ubezpieczeń PZU, znalazłem tam zapis:

POSTĘPOWANIE W RAZIE WYPADKU UBEZPIECZENIOWEGO – czyli co należy zrobić, gdy zdarzy się szkoda
§ 16
2) zabezpieczyć możność dochodzenia roszczeń odszkodowawczych wobec osób odpowiedzialnych za szkodę oraz udzielić PZU pomocy, dostarczając posiadane informacje oraz dokumenty niezbędne do skutecznego dochodzenia roszczeń regresowych;


W związku z tym ubezpieczyciel może wypłacić inwestorowi odszkodowanie, ale inwestor musi pomóc i dostarczyć ubezpieczalni dokumenty oraz informacje, które pozwolą, aby ubezpieczyciel mógł skutecznie odzyskać pieniądze od wykonawcy. Czy w takim wypadku inwestor będzie krył wykonawcę? Czy raczej dostarczy ubezpieczycielowi maksymalnie dużo informacji, aby tylko dostać odszkodowanie?

Jeśli inwestor korzystał z usług osoby działającej w tzw. szarej strefie i teraz próbuje dochodzić swoich roszczeń na gruncie oficjalnym, np. w sądzie, musi liczyć się z tym, że poniesie konsekwencje za nielegalne zatrudnianie osób. Elektryk też nie uniknie odpowiedzialności przed skarbówką.

Wykonawcy o tym wiedzą i dlatego przy niewielkich „nieporozumieniach” z inwestorem straszenie sądem elektryka wykonującego „fuchy” nie jest dobrym pomysłem. Niezależnie od sposobu zatrudnienia w razie nieporozumienia inwestor będzie musiał udowodnić, co elektryk miał wykonać, a co faktycznie wykonał.

Zagadnienie tylko pozornie wydaje się proste, ponieważ jeśli coś nie jest dokładnie określone, to podlega indywidualnym interpretacjom i wyobrażeniom. Aby lepiej to zrozumieć, najłatwiej posłużyć się analogią do samochodu.

Chcę kupić samochód. Ma być dobry, szybki, wygodny i niedrogi. Przy tak określonych parametrach praktycznie każdy samochód, jaki zaproponujecie, według Was spełni oczekiwania.

Czy będą to jednak moje oczekiwania? Będzie zdecydowanie lepiej, gdy dokładnie sformułuję swoje oczekiwania, np. mój samochód ma być dobry, szybki, wygodny i kosztować nie więcej niż 60 tys. zł.

Podobnie jest z szeroko pojętą elektrotechniką. Aby zapobiegać niedomówieniom i różnym interpretacjom, należy spisać umowę pomiędzy inwestorem a wykonawcą. Wiem – umowy ustne też są wiążące, ale wówczas dużo trudniej jest udowodnić, na co umówiły się obie strony. Zdecydowanie lepiej zabezpieczy je umowa sporządzona w formie pisemnej wraz z dołączonym do niej schematem instalacji elektrycznej i teletechnicznej. Jak ulał pasuje to powiedzenie cytowane przez moich zaprzyjaźnionych prawników.

„Umowy nie są na czasy dobre, lecz na złe”.

Jak to rozumieć? Umowa nie jest potrzebna, gdy obie strony się dobrze dogadują, ale jest bardzo pomocna, gdy coś między nimi się nie układa i zaczynają się wzajemne pretensje.

Niestety, w praktyce pisemne umowy są wśród inwestorów indywidualnych rzadkością. Szkoda, gdyż najczęściej pozwalają skutecznie odfiltrować nierzetelnych wykonawców, którzy boją się zostawiać trwały ślad po swoich działaniach.

W przypadku wymogu podpisania umowy tacy usługodawcy (niezależnie od branży) najczęściej rezygnują ze zlecenia. Warto podkreślić, że umowa jest korzystna również dla elektryka, bo zabezpiecza go przed nieuczciwym inwestorem, który w trakcie prac zwiększa ich zakres i/lub po wykonaniu prac nie chce za nie zapłacić.

W tym miejscu wspomnę o często popełnianym błędzie, jakim jest spisanie umowy, a następnie ustalanie wszystkich zmian wyłącznie w formie ustnej. Jeśli w umowie jest zapisane, że zmiany mają być zgłaszane w formie pisemnej, to znaczy, że tak ma być i nikogo nie obchodzi, że ktoś coś powiedział. Obie strony, podpisując umowę, uzgodniły, że wiążące są tylko ustalenia pisemne i tyle. Inwestor lub wykonawca powiedział i jeśli nie poparł tego na piśmie, to znaczy, iż to nie jest obowiązujące.

Znam przypadki, w których nawet dobrze spisana umowa nie była należycie respektowana przez obie strony („Przecież tak dobrze nam się dogaduje…”), a na koniec pojawiły się wzajemna nienawiść i kłopoty z rozliczeniem. Umowa to kolejny temat rzeka, którego nie będę rozwijał w tej wypowiedzi, a zainteresowane osoby odsyłam do poniższych artykułów napisanych przez kancelarię prawną.

Na koniec puśćmy wodze fantazji i wejdźmy w nierealny świat marzeń…

Elektryk a zawód programisty, czyli szkoda, że elektryka nie jest jak informatyka

Poniższy zapis zaczerpnąłem z instrukcji obsługi nowoczesnego standardowego urządzenia przeznaczonego do używania w warunkach domowych zasilanego napięciem 230 V.

Jako elektryk zazdroszczę branży IT, bo tam wiele rzeczy jest prostszych. Wprowadzane są nowe standardy i nikt nie ma nic do gadania – po prostu musisz robić tak, jak jest ustalone. Inaczej nic nie zadziała. Urządzenia produkowane w nowszej technologii często mają inne złącza lub programy są pisane w innym standardzie, co powoduje, że nawet po fizycznym podłączeniu dana rzecz lub dany program nie będzie poprawnie działał, o ile elementy nie są ze sobą w pełni kompatybilne.

Takie podejście zmusza zarówno użytkowników i programistów, jak również producentów sprzętu do ustalania i rozwijania pewnych standardów. Daje to użytkownikom nowe możliwości, zapewnia wysokie standardy i w dużym stopniu napędza gospodarkę. W elektryce jest inaczej. Jakiś czas temu obowiązującym w Polsce standardem było napięcie 220 V AC, które zostało później zmienione na 230 V AC. Zmiana ta dla użytkowników była jednak praktycznie niezauważalna.

Nadal mają oni te same gniazdka, do których włączają ten sam sprzęt, co wcześniej – wszystko działa. Z punktu widzenia przeciętnego użytkownika instalacji elektrycznej czas stanął w miejscu.

Niezależnie od tego, czy mówimy o czasach obecnych, czy o latach 70. XX w. standard gniazdek nie uległ zmianie. W praktyce oznacza to, że po podłączeniu do nowoczesnej instalacji elektrycznej urządzenia wyprodukowanego 50 lat temu będzie ono działać.

Z drugiej strony jest to samo. Jeśli nowoczesny sprzęt elektroniczny podłączymy do 50-letniej instalacji elektrycznej, również będzie on działał. Co najwyżej szybciej się uszkodzi, ale inwestor nie będzie świadomy powodu usterki, a dla producenta to dobrze, bo klient kupi nowy sprzęt.

W związku z tym, czy konsument ma motywację, aby remontować lub decydować się na wykonanie dużo droższej, ale spełniającej obecne standardy instalacji elektrycznej? Czasami, zastanawiając się nad naszą „starą i skostniałą” elektryką, dochodzę do wniosku, że powinniśmy brać przykład z nowoczesnych, stosunkowo młodych dziedzin technologii.

Zobaczmy, jakie rozwiązania wprowadzili producenci telefonów komórkowych (ich rzeczywiste intencje zostawiam na inne rozważanie). Smartfony, ładowarki i przewody zasilające wielu producentów mają wbudowaną miniaturową elektronikę.

Tempo ładowania zależy więc od tego, czy zostanie użyty oryginalny zestaw. Jeśli zastosujemy przewód zasilający lub ładowarkę innego producenta, telefon będzie się ładował, ale czas ładowania ulegnie znacznemu wydłużeniu. Dlaczego? Producenci twierdzą, że takie ograniczenia są wprowadzane ze względu na bezpieczeństwo sprzętu i użytkownika (ponoć aspekty gospodarcze i chęć zysku ze sprzedaży oryginalnych części jest tylko miejską legendą). Gdyby tak w branży elektrotechnicznej – w trosce o bezpieczeństwo użytkowników i sprzętu – również wprowadzić podobne rozwiązanie? W jaki sposób? Przecież to proste.

Obecnie, w celu ograniczenia kosztów produkcji, producenci nowoczesnych urządzeń elektronicznych stosowanych w elektrotechnice wytwarzają swoje wyroby tak, aby działały niezawodnie pod warunkiem podłączenia ich do instalacji elektrycznej spełniającej określone parametry elektryczne określone w Polskich Normach, np. PN-EN 50160.

Poniższy zapis zaczerpnąłem z instrukcji obsługi nowoczesnego standardowego urządzenia przeznaczonego do używania w warunkach domowych zasilanego napięciem 230 V.


Zapis z instrukcji obsługi jednego z nowoczesnych urządzeń

Kto z konsumentów albo elektryków wie, jakie wymogi są podane w tej normie? Kto potrafi od razu wyjaśnić, co miał na myśli producent? W praktyce znajdziemy niewielu wykonawców wykonujących instalacje w budownictwie mieszkaniowym, którzy choćby raz przeczytali wspomnianą Polską Normę. Z ciekawości poszukałem jej na stronach Polskiego Komitetu Normalizacyjnego. Ilu znajdzie się chętnych do wydania 216,72 zł brutto, by kupić normę dostępną w języku angielskim?

Ilu polskich elektryków zna na tyle dobrze język angielski, aby zrozumieć angielskie słownictwo techniczne? Oczywiście, można skorzystać z elektronicznej czytelni i za 25,90 zł mieć 30-minutowy wgląd w tę normę, ale… nadal w języku angielskim.

PN-EN 50160:2023-10 - wersja angielska

W praktyce większość instalatorów nie będzie się przejmowała zapisem w instrukcji dotyczącym spełnienia przez instalację określonych wymogów, tylko podłączy zasilanie i w 99,9% przypadków urządzenie będzie działać.

To, co się stanie później, jest już inną sprawą. Przecież po tygodniu nikt nie będzie narzekał na złe standardy zasilania (bo skąd użytkownik ma wiedzieć, jakie standardy obowiązują, a jakie ma w swojej instalacji)? Jeśli sprzęt się uszkodzi z winy instalacji, która nie spełnia wymogów, to inwestor będzie narzekał na kiepską jakość obecnych elektronicznych urządzeń. Nie twierdzę, że obecna elektronika jest idealna – na ten temat też można wiele napisać. Wracając jednak do fantazjowania…

Aby w instalacji elektrycznej skutecznie zapewnić odpowiednią jakość napięcia, należy zastosować m.in. odpowiednio dobrane ograniczniki przepięć. Są one od wielu lat obligatoryjne w nowo powstających lub przebudowywanych instalacjach elektrycznych.

Przecież producenci w imię „wyższego dobra” mogą ustalić nowy standard i w ograniczniku przepięć oraz w podłączanym do gniazdka urządzeniu zamontować odpowiednią elektronikę, która wykryje, czy w instalacji jest zamontowany prawidłowy ogranicznik. Jeśli nie, to w ramach dbania o użytkownika elektronika do czasu podłączenia do prawidłowo zabezpieczonej instalacji nie zezwoli na uruchomienie urządzenia.

Technologicznie jest to wykonalne, ale praktycznie bardzo trudne do wprowadzenia. Dlaczego? Ponieważ zagadnienie musiałoby być realizowane globalnie, przynajmniej na terenie UE, a to oznacza, że cała UE musiałaby mieć ten sam standard zabezpieczeń. Takie działanie na pewno zmusiłoby wszystkich użytkowników do częstego dostosowywania instalacji elektrycznych do aktualnych standardów i napędziłoby gospodarkę…

Tylko pytanie brzmi – czy taki globalny przymus jest realnie konieczny? Czy nie można w Polsce wdrożyć sprawdzonych przykładów z krajów europejskich, w których prawo jest proste i zrozumiałe dla przeciętnego obywatela?

Czy nie można zadbać o rzetelną edukację i budowanie świadomości technicznej użytkowników na poziomie szkoły, czy pracy? Gdzie jest widoczna dbałość o wysokie standardy edukacji technicznej oraz standardy pozwalające na skuteczne działanie organów kontroli, aby – w razie wykrycia nieprawidłowości – system prawny mógł skutecznie eliminować z rynku nieuczciwych wykonawców?

Im dłużej zastanawiam się nad tym zagadnieniem, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że winny jest system. System, który pozwala, aby w praktyce polskie organy kontroli były bezradne, a użytkownik był zdany na swoją wiedzę i szczęście, że trafi na odpowiedniego fachowca.

Czytaj także:

Aparatura modułowa Siemens - dlaczego warto ją wybrać?

Aparatura modułowa Siemens - dlaczego warto ją wybrać?

Czego nie wiesz o aparaturze modułowej? Co ją wyróżnia? Czy modułów

Więcej
Złączki ZJUN — Bezpieczne połączenia dla instalacji elektrycznych

Złączki ZJUN — Bezpieczne połączenia dla instalacji elekt

Złączki ZJUN marki Ergom to wysokiej jakości rozwiązania zapewniają

Więcej
Belgia buduje sztuczną wyspę energetyczną na Morzu Północnym

Belgia buduje sztuczną wyspę energetyczną na Morzu Północ

Belgia realizuje przełomowy projekt energetyczny – budowę Wyspy Ksi

Więcej
Statystyki raportu akcji Bezpieczna elektryczność - INFOGRAFIKA

Statystyki raportu akcji Bezpieczna elektryczność - INFOG

Czy wiedziałeś, że aż 3 na 4 Polaków wierzy w bezpieczeństwo swoich

Więcej
AQUATIC PRO – seria dla wymagających użytkowników

AQUATIC PRO – seria dla wymagających użytkowników

AQUATIC PRO to seria trwałego i estetycznego osprzętu elektroinstal

Więcej
INCARA – Nowoczesne gniazda meblowe do biura i domu

INCARA – Nowoczesne gniazda meblowe do biura i domu

Szukasz estetycznych i funkcjonalnych gniazd meblowych? INCARA to s

Więcej